Niezależne Forum Projektu Cheops Niezależne Forum Projektu Cheops
Aktualności:
 
*
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj. Maj 06, 2024, 13:59:36


Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji


Strony: [1] 2 3 4 5 |   Do dołu
  Drukuj  
Autor Wątek: co dobrego robi Kościół katolicki?  (Przeczytany 39516 razy)
0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.
Val Dee
Gość
« : Sierpień 17, 2009, 08:22:48 »

ponieważ wiele jest wątków poruszających tematy w których Kościół Katolicki morduje/gwałci/pali/molestuje/grabi/kłamie/oszukuje/wyłudza (niepotrzebne skreślić) a brak pokazania jasnej strony tej organizacji postanowiłem założyć ten wątek

pierwszy artykuł pochodzi z serwisu onet.pl a właściwie z czasopisma "Więź"


Wyklęte anioły

"Leżę w łóżku, obok mnie śpi klient. Kolejny. Nie wiem, czy bardziej nienawidzę jego, czy siebie?"

Kobieta, która sprzedaje się na ulicy, w pogardliwym żargonie, to po prostu dziwka. W żartobliwym, choć mało eleganckim tonie – "panienka". Na ulicy wyglądają na pewne siebie, wyzywające, bezczelne. Tymczasem zza tej maski wyłania się złożony dramat, którego skalę niełatwo opisać, nie ryzykując przy tym uproszczenia.

"Leżę w łóżku, obok mnie śpi klient. Kolejny. Nie wiem, czy bardziej nienawidzę jego, czy siebie?" – to treść esemesa, który obudził siostrę Annę w środku nocy kilka lat temu. Przysłała go prostytutka. Innej nocy zadzwonił telefon. Młoda kobieta błagała o pomoc, bo "facet" skatował ją do krwi. Natychmiast ktoś od siostry po nią pojechał. Wiedziano, że dziewczyna jest w ciąży.

Podobny przypadek: po drugiej stronie słuchawki – "Siostro, leje się ze mnie i wszystko boli". Po krótkim czasie dwie zakonnice z prostytutką pędziły na porodówkę. Dziewczynę ktoś wcześniej brutalnie zepchnął ze schodów, bo nie zapłaciła za czynsz. Dziecko s. Anna pomogła oddać do adopcji.

Te i inne historie – a trudno tu licytować, która bardziej mrozi krew w żyłach, bo jak podkreśla siostra, wszystkie są jak z horroru – zakonnica ze Zgromadzenia Sióstr Marii Niepokalanej przytacza je w wywiadach, reportażach. Na spotkaniu z młodzieżą w Wołczynie, z pasją i przejęciem przekonuje, że kobieta nawet jeśli sprzedaje swoje ciało na ulicy, w środku jest piękna, i to nie prawda, że jest tylko grzechem. Wreszcie, że kobiet z ulicy nie można potępiać i być obojętnym, bo przecież za wyrazistym, czasem wulgarnym makijażem i w wysokich świecących kozakach chowa się poniżenie, wstyd, cierpienie. "Czy ktoś z was modlił się kiedyś za kobietę parającą się prostytucją"? – krzyczy na scenie. Konsternacja miesza się ze zdumieniem. I długa cisza.

   
Fot. Getty Images/FPM
   
Siostra mówi wszędzie, by nie używać słowa "prostytutka": – To jest w mentalności przeciętnego człowieka osoba ze stygmatem, bezosobowa istota na starcie. Spojrzenie ucznia Chrystusa to spojrzenie na człowieka, a nie koncentracja na grzechu.

Utarło się, że siostra ma "parcie na szkło", bo co chwilę pojawia się w mediach. Słynna zakonnica od prostytutek – jedna z dwóch, bo jest jeszcze siostra Barbara – dzisiaj już z dużą rezerwą reaguje na propozycje wywiadu. Bo to nic nie daje. O prostytutkach wciąż mówi się z pogardą i przymrużeniem oka.

– Jest szum, sensacja, taki chwytliwy temacik, a co ja z tego konkretnie mam dla Stowarzyszenia? Co mają z tego te kobiety? – tłumaczy. I trudno nie przyznać jej racji. Zakonnica prowadzi jedyny (!) ośrodek w skali kraju, który pomaga kobietom zarabiającym swoim ciałem uwolnić się z łańcuchów własnego i cudzego zniewolenia. To tylko kropla w głębinach oceanu potrzeb.

Ze studni pod rynnę

Siedziba Stowarzyszenia Marii Niepokalanej Na Rzecz Pomocy Dziewczętom i Kobietom, to dwa pokoiki w domu zakonnym Sióstr przylepionym do parafii Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Katowicach. Ten adres (Krasińskiego 21) – w przeciwieństwie do lokalizacji samego ośrodka, gdzie mieszkają i resocjalizują się "dziewczyny" – znają wszyscy, także prostytutki. Czasem w nocy dzwoni dzwonek. Któraś decyduje się przełamać opór i przychodzi pogadać. Czasem z dzieckiem na ręku. W ciasnym pokoiku na parterze jest miejsce, żeby wygodnie usiąść i wyrzucić z siebie pierwszy krzyk. Siostra Anna: – Nie pytam wtedy, jak mogę Ci pomóc, ale czego TY chcesz dla siebie?

Za plecami siostry, na ścianie gigantyczna fototapeta. Szeroki horyzont błękitnego morza zlewającego się z lazurem nieba. Na pierwszym planie palma, złoty piasek i drewniany mostek udający prowizoryczne molo. Kojarzy się jednoznacznie: fragment utraconego raju...

Zakonnica jest dobrze zbudowana, ma ostre spojrzenie, budzi od razu respekt. W kontakcie z kobietami z ulicy (ale nie tylko) wyznaje zasadę: nigdy nic na siłę, bo Jezus mówi "jeśli chcesz", a nie "musisz". Nigdy też nie potępia, nie moralizuje. Siostra Anna to często pierwsza osoba w życiu kobiety doświadczającej procederu prostytucji, która niczego od niej nie oczekuje, nie gardzi, nie ocenia.

– One przychodzą tu z własnej woli. Z różnych powodów, często już u kresu, z myślami samobójczymi, z lękami. I okazuje się, że sam fakt prostytucji jest jedynie wierzchołkiem góry lodowej. Te kobiety robiły to nie tylko dlatego, że nie było w domu za co kupić dziecku jedzenia, ciuchów, nie było na czynsz. Wyjście na ulicę to suma różnych wypadkowych, pogmatwane historie i głębokie rany wyniesione z domu – twierdzi siostra Anna.


Na liście tych ran obok nadużyć seksualnych i przemocy domowej, pojawia się też wpajane przez rodziców poczucie winy za rozpad ich małżeństwa, głęboko ukształtowane poczucie odrzucenia (bo od początku mama mnie nie chciała). Często proceder wejścia w prostytucję do złudzenia przypomina historię Kopciuszka z filmu Pretty Woman. Dziewczyna daje się uwieść mężczyźnie, zakochuje się. Potem okazuje się, że on miał w tym interes i teraz to ona musi na niego zarabiać. Ukochany wystawia ją na ulicę.

– Jeśli w domu rodzinnym byliśmy ważni dla taty i mamy, lampka nam się szybciej w takiej sytuacji zapali, że gdzieś tu dochodzi do manipulacji, przemocy. Mamy większe poczucie swojej wartości i tym samym po latach życia w domu pełnym miłości jesteśmy "bardziej wykwintni" w doborze partnera. Ale ci, którzy mają deficyt poczucia bliskości, pakują się w niebezpieczne relacje.

Zaskakuje fakt, że do drzwi na Krasińskiego puka coraz więcej dziewcząt nie – jak można by przypuszczać – z "marginesu społecznego" czy rodzin dysfunkcyjnych, rozbitych alkoholem,  ale z tzw. przeciętnych krajowych. Oboje rodzice wykształceni, pracują, zarabiają nieźle, dziecko (dziewczyna) ma swój pokój, pozornie wszystko, co potrzeba. A jednak trafia na ulicę. Jak twierdzi siostra, to w ogromnej mierze "zasługa" albo zbyt wygórowanych wymagań ze strony rodziców, albo braku zainteresowania dzieckiem, albo – co najczęściej umyka uwadze przeciętnego rodzica – braku stałości w relacjach w rodzinie.

Siostra Bałchan: – Rodzice pracują, a dziecko przerzucane jest od babci do ciotki lub sąsiadki. Takie przekazywanie z rąk do rąk budzi u dziecka subiektywne odczucie porzucenia, niskie poczucie swojej wartości, co może zaowocować w przyszłości rzuceniem się w ramiona pierwszej lepszej osoby, która powie I love you.

Mozaika

Z danych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji wynika, że w Polsce ok. 13 tys. kobiet prostytuuje się (mówi się też o dwóch tysiącach prostytuujących się mężczyzn). Liczba ta nie obejmuje blisko 4 tys. tzw. tirówek, z których większość to Bułgarki i Ukrainki.

W Polsce niewielu jest "specjalistów" – badaczy środowiska prostytutek. Do wyjątków należy seksuolog, prof. Zbigniew Izdebski. Badania przez niego przeprowadzone potwierdzają, że zdecydowana większość kobiet wchodzi w prostytucję z powodów finansowych. Ponad jedna trzecia polskich prostytutek jest w wieku około 20-25 lat. Blisko 70 proc. ma wykształcenie zawodowe lub średnie.

Z kolei z raportu na temat życia seksualnego samych tylko śląskich prostytutek wyłania się szkic przeciętnej "dziewczyny" z agencji towarzyskiej. Inicjację seksualną przechodzi w wieku 16-17 lat, przyjmuje od ośmiu do... czterdziestu klientów tygodniowo. Czasem na dobę jest ich pięciu, bywa, że do trzydziestu. Ze śląskiego raportu, którego autorami są seksuolodzy Krzysztof Nowosielski i Robert Kowalczyk (badania rozpoczęli na Śląskiej Akademii Medycznej), wynika też, że większość ankietowanych kobiet to osoby... wierzące (co prawda, grupa ta wydaje się mało reprezentatywna, skoro badaniem – o zgodę lekarze musieli pytać sutenerów – objęto jedynie trzydzieści spośród docelowo stu prostytutek z agencji towarzyskich na terenie Katowic). Siostra Bałchan potwierdza jednak, że jest sporo przypadków, w których wydaje się, że życie prywatne takiej kobiety diametralnie odstaje od "zawodu" z ulicy. Choć panie raczej nie zaglądają do kościoła, dużo z nich ma już mężów i dzieci, pozornie ułożone życie. Problem w tym, że z reguły nikt w rodzinie nie wie o profesji mamy. Jeśli ta trafia do ośrodka i na terapię, siostra stanowczo odradza dzielenia się tą tajemnicą. Tym bardziej z dziećmi.

– A po co? – pyta. – Nie ma takiej potrzeby. Dziecku lepiej pozwolić zachować wszystko to, co najpiękniejsze w mamie. Ono może takiej prawdy nie wytrzymać. Jak powiesz, to musisz z dzieckiem od nowa wszystko przerobić, wtajemniczyć. To tak, jakby alkoholik w czasie terapii non stop mówił o piciu. Po jakimś czasie nie wytrzyma i odpali butelkę.

Nieoficjalnie szacuje się, że na ulicach samych tylko Katowic swoje ciało za pieniądze sprzedaje ponad tysiąc kobiet. Dokładnie nie wiadomo ile z nich ma już dzieci, ile je rodzi, ile oddaje do adopcji.

W ścisłym centrum metropolii górnośląskiej obwiązuje rzucający się w oczy podział: inna dzielnica, inna "jakość". Jak w mozaice. Na Mariackiej, zamkniętej strzelistą wieżą neogotyckiego kościoła, do niedawna jeszcze stały te starsze, pomarszczone, przepite. Oblegały bramy cuchnących i zrujnowanych secesyjnych kamienic. Kłęby prostytuujących się alkoholiczek i skrajnie wyniszczonych przez los mężczyzn kilka miesięcy temu schowały się w czeluściach zatęchłych budynków, bo władze miasta wyremontowały ulicę. Miał tu powstać główny deptak spacerowy miasta. Mało kto ma jednak ochotę na przechadzki w tym miejscu. Kilkaset metrów dalej, na Szkolnej, między Wydziałem Nauk Społecznych a Dziekanatem Uniwersytetu Śląskiego znacznie młodsze twarze. Niektóre z nich to studentki – w nocy zarabiają na czynsz i kieszonkowe. Wreszcie róg Francuskiej i Powstańców. Młode, półnagie prostytutki stoją tu między aluminiową siedzibą banku a okazałym gmachem Biblioteki Ślaskiej, pod murami cmentarza zwanego śląskimi Powązkami, vis-a-vis okien... domu górnośląskiego metropolity.

Na ulicy nie ma czasu

Kilkakrotnie w tym miejscu czaiła się policja. Prawdopodobnie z zamiarem interwencji. Ktoś opowiedział, że był świadkiem, gdy kilka lat temu do "Magdaleny" z ulicy wyszedł sam abp Damian Zimoń. Przebieg późniejszych wydarzeń wskazuje, że to on właśnie był przypuszczalnie jednym z orędowników powstania w Kościele ośrodka opieki nad prostytutkami. Inicjatywa oficjalnie wyszła co prawda od władz miasta, ale ktoś musiał przecież je inspirować. W 1998 r. ówczesny prezydent Katowic, Henryk Dziewior, zwrócił się do s. Angeli Kuboń, matki generalnej Zgromadzenia Sióstr Maryi Niepokalanej w Rzymie, z prośbą o wydelegowanie jednej siostry do pracy z żeńską młodzieżą, która znalazła się w niebezpieczeństwie prostytucji lub w innych zorganizowanych formach wykorzystania seksualnego. Jej wybór padł na Annę.

Jak przyznaje s. Bałchan Katarzynie Wiśniewskiej w wywiadzie-rzece Kobieta nie jest grzechem (siostra lubi wracać do tej książki), na komunikat przełożonej, że zostanie oddelegowana do pracy z "dziewczynami z ulicy" wybuchnęła gromkim śmiechem. To miał być eksperyment, praca właściwie pionierska w skali kraju, dająca posmak "nowej przygody". Z drugiej strony pojawił się konflikt interesów. Siostra szykowała się do pracy z dziewczętami uzależnionymi od narkotyków, a nie prostytutkami. Co prawda, zakonnica nie bała się ulicy, bo od roku pracowała już wtedy jako street-workerka z dziećmi w Ośrodku Rehabilitacyjno-Wychowawczym dla Dzieci i Młodzieży "Dom Aniołów Stróżów". W jednym palcu miała dworzec i katowickie ulice. Świat w świecie, gdzie rządzą odrębne prawa, inni ludzie. Dworzec ma swojego "króla" bezdomnych, ulice jak Powstańców, Francuska, Szkolna, czy Mariacka – swoich opiekunów, "właścicieli", sutenerów. Kryją się. Są czujni, by nie przekroczyć ich terenu.

Siostra Anna: – Na ulicy nie ma czasu. Jeśli chcesz coś zdziałać, podchodzisz do prostytuującej się dziewczyny, wręczasz wizytówkę i mówisz: jeśli chcesz, pomożemy. Nie żadne tam "Jezus cię kocha", bo to dla niej mało co znaczy. Ona musi tego doświadczyć i tu właśnie jest nasza rola, myślę że o wiele trudniejsza.

- Potem trzeba się zwijać, bo albo konkurentki się denerwują, że odstraszasz klientów, albo sutener cię namierzy – dodaje siostra.

Jak z "archiwum X"

Zakonnica na ulicę wychodziła zawsze w habicie. To przeszkadzało i pomagało jednocześnie. W każdym razie, kobiety od razu widziały, z kim mają do czynienia. Teraz – po ośmiu latach – więcej czasu spędza w ośrodku. Trochę się wypaliła, praca na ulicy robi swoje, nie da się zostać obojętnym. Wyszkoleni pracownicy wychodzą co noc na ulice miasta, zwykle dwójkami, dla bezpieczeństwa. Krótki, ale treściwy kontakt wystarcza w wielu przypadkach, by za jakiś czas dziewczyna zapukała do drzwi ośrodka. Wręczenie wizytówki z telefonem to pierwszy gest zaufania.

Adres i lokalizacja placówki jest pilnie strzeżona. Siostra nie wpuszcza tu ani dziennikarzy, ani nikogo z zewnątrz. Chodzi o bezpieczeństwo (żeby sutenerzy nie namierzyli swoich pracownic) i spokój, intymność. W ośrodku (na dwóch zdjęciach ze stron internetowych widać jedynie fragment ogrodu i obszerną salę kominkową) jest miejsce dla około piętnastu kobiet z dziećmi. Na wstępie dostają to, co najpilniejsze: czystą bieliznę, pościel i łóżko do spania. Z reguły uciekły z domu lub ulicy bez niczego. Pomoc medyczna, konsultacje psychologiczne, badanie u ginekologa, wsparcie – to kolejne etapy. Najważniejsze to zbudować relację zaufania.

Terapia w ośrodku s. Bałchan trwa dziewięć miesięcy. Analogia do powstawania ludzkiego życia – choć trąci banałem – nie jest tu wcale płytka ani przesadna. Kobiety, które z różnych przyczyn trafiły na ulicę, dotknęły dna, a teraz chcą się od niego odbić, uczą się tu dosłownie wszystkiego, od podstaw: obsługi pralki, jak posługiwać się żelazkiem (często trzeba przekonać je, że prasowanie czasem się przydaje); szkolą się jak... obrać ziemniaki, ukroić chleb, a potem posmarować go masłem, ułożyć jadłospis, zadbać o porządek wokół siebie, umyć podłogę, podlewać i sadzić kwiatki; uczą, że "forsa" jest nie tylko do wydawania. Że są rachunki do płacenia, że dobrze jest to zaplanować.

Siostra Bałchan: – Większość z nich nie wie, jak się bawić z dzieckiem, co więcej dziwią się, że ono tego w ogóle potrzebuje. Nie markowych adidasów za kupę kasy, ale żeby matka była obok, spojrzała, pogłaskała. Żeby powiedziała: słuchaj, razem damy radę, będzie dobrze. Same w swoim życiu nie doświadczały nigdy takiej opieki.

Mamy z ulicy, jeśli same żyły w patologii, zadowalają się przekonaniem, że i tak stwarzają swoim dzieciom warunki o niebo lepsze niż same miały. W końcu nie biją, nie kopią, nie opluwają swoich dzieci. A tu nagle ktoś "wymaga", żeby przytuliły, tłumaczy, że dziecko zamiast pluszowego misia, pragnie kontaktu z osobą, z mamą.

Problem pojawia się, kiedy maluch pyta "gdzie jest mój tata?". Najgorsze to powiedzieć wtedy, że go w ogóle nie ma. Wiek dziecka jest tu wskaźnikiem, ale zrozumie zawsze, jeśli usłyszy, że po prostu nie udało się być razem. To nie obniża wartości dziecka, nie umniejsza miłości mamy.

Są przypadki, że do ośrodka trafiają kobiety z dziećmi, które przez lata żyły w barakach. Nie wiedzą, co to jest łazienka, sedes, umywalka. – I tu jest jazda dopiero – opowiada siostra – taki maluch potrafi siedzieć cały dzień w łazience i spuszczać wodę ze zbiornika w toalecie. Jak opróżni się, czeka cierpliwie na napełnienie i przyciska do oporu.

Choć, jak twierdzi zakonnica, to i tak dobra sytuacja. Znacznie gorzej, jeśli trzeba przekonywać i matkę i dziecko, żeby się umyły. Bo w barakach nie było takich zwyczajów.

Siostra splata ręce i spogląda za okno. Wreszcie wzdycha: – Te kobiety są jak wyjęte z "archiwum X". Na początku nic o nich nie wiemy, często nie mają nawet dokumentu tożsamości czy ubezpieczenia.

Wracaj na ulicę!

Bywa, że reagują agresją, w czasie terapii wyskakują z krzeseł, uciekają z hukiem z sali. Rany są tak głębokie. Były sytuacje, że obrzucały się wyzwiskami. Raz nawet rzuciły się na siebie z nożami, kiedy indziej z tłuczkiem do mięsa. Siostra Barbara, ta druga od "upadłych aniołów", szczupła, drobna, musiała wkroczyć z pięściami. – Wypominała mi potem, że mnie to nigdy nie ma w takich sytuacjach – mówi półżartem s. Anna – z miejsca by odskoczyły od siebie!

Zakonnica masywnej postury nie da sobie "w kaszę dmuchać". Kiedy do ośrodka wkracza przemoc, stawia sprawę na ostrzu noża: "Tu nie ma na to miejsca, jak chcesz się bić, wracaj na ulicę!". To skutkuje.
Zapisane
Val Dee
Gość
« Odpowiedz #1 : Sierpień 17, 2009, 08:23:31 »

Anna "od upadłych aniołów", z zawodu mechanik obróbki skrawaniem, skończyła teologię na KUL-u, potem trzyletnie studia z psychoterapii krótkoterminowej i kilka innych kursów we Włoszech, Holandii. Prowadziła dziecięce grupy teatralne. Jako kobieta czuje się posłana przez Kościół do odrzuconych. Taki jest też charyzmat jej Zgromadzenia: opieka nad kobietami moralnie zagrożonymi, tak dorosłymi, jak dziewczynkami.

Różni ludzie pytają ją o efekty jej pracy. Czy to ma sens, czy z prostytucji da się kogoś na stałe wyciągnąć? – Bez mocy z nieba, nie ma mowy! – mówi. – To Bóg daje czas i miejsce.

Z pełną świadomością dodaje: – Gdybyśmy, jako zespół ludzi, nie byli świadkami, tego, że Bóg uzdrawia człowieka z tego, co pod względem medycznym i psychologicznym wydaje się nie do pokonania, niemożliwe, dawno bym już odpuściła. Tu dokonuje się tajemnica spotkania między Bogiem a człowiekiem.

Na koniec jest uśmiech

Najważniejsze to stworzyć tym kobietom choćby pozory domu, nawiązać nić relacji, zaufania, dać poczucie stałości. Często kobiety mówią z żalem, że nie wiedziały o istnieniu ośrodka. Ale pracownicy szybko stawiają je do pionu. Nie ma czasu na płacz nad rozlanym mlekiem. Ważniejsze jest "tu i teraz", czy, jak mówi zakonnica, to, "co chciałabyś, żeby się teraz działo". Tu nie wyciąga się nikogo za sznurek, trzeba dotrzeć do głębokich pragnień człowieka, do tego, co było w życiu dobre, piękne, bo musiało też i tak być. Wtedy są efekty. Trzeba oderwać się od przekonania, że wszystko jest złe i beznadziejne.

Niektóre kobiety wychodzą z prostytucji latami, omijają dom sióstr szerokim łukiem. Innym wystarczy dziewięć miesięcy. Ruszają w świat z lepszym nastawieniem, często przeszkolone lub gotowe do nauki nowego zawodu: fryzjerki, kasjerki, może kosmetyczki. Zmieniają adres, wyjeżdżają. Walczą. Po dwóch latach siostra dostaje esemesa: "Jest dobrze. Dziękuję".

Ale jest też tak, że mijają miesiące terapii, a dziewczyny ciągle wracają na ulicę. Gdy podwinie się noga, życie komplikuje się jeszcze bardziej – pusty portfel albo w ośrodku społecznym nie chcą dać zasiłku, z przychodni zdrowia wyrzucają, bo nie ma ubezpieczenia – wtedy prostytutki znowu dzwonią do siostry. A ona znowu pomaga. Biega do urzędów, lekarzy. – To ma sens, bo nigdy nie wiadomo kiedy przyjdzie właściwy moment – tłumaczy. – Wykorzystuję takie sytuacje, bo jest okazja, żeby w drodze do miasta czy urzędu pogadać.

Z ujmującą szczerością wyznaje, że czasem ma dość, że brak siły.

Ma żal trochę do państwa, trochę do ludzi. W Polsce jest na pęczki ośrodków dla narkomanów, alkoholików czy w rozmaity sposób uwikłanych i poraniony ludzi. A prostytutki? Jak wyklęte, ciągle na marginesie. Jedyny dla nich adres: Katowice, Krasińskiego (warszawska fundacja La Strada, choć współpracuje ze stowarzyszeniem ze Śląska, zajmuje się głównie handlem ludźmi). Tymczasem tereny przygraniczne, całe Pomorze, Wschodnia ściana kraju – to pustka.

Siostra i jej pracownicy piszą projekty, podania, apelują, ale coraz mniej jest chętnych, żeby pomóc. Utrzymanie jednej kobiety w ośrodku to średnio 28 zł na dobę (samo wyżywienie i nocleg). A gdzie terapia, gdzie leki?

Siostra często kłóci się z Panem Bogiem. To rodzaj buntu. Ale w odpowiedzi przychodzi zwykle jeden uśmiech. Wystarczy, że twarz podopiecznej w ośrodku zmieni się od szczerego wybuchu radości. To światełko, że coś drgnęło. Anna Bałchan: – Dla tego jednego wybuchu i uśmiechu każdego przebywającego z nami dziecka i kobiety, warto znowu dać z siebie wszystko.

Joanna Brożek – redaktor "Tygodnika Powszechnego". Współautorka zbioru reportaży "Pamięć, która łączy. Polscy chrześcijanie w dialogu z Żydami i judaizmem". Mieszka w Katowicach.




artykuł w dwóch częściach bo się w jednym poście cały tekst nie zmieścił - proszę moderatorów o wyrozumiałość Uśmiech

a tu link:
http://wiadomosci.onet.pl/1570446,2677,1,wyklete_anioly,kioskart.html
« Ostatnia zmiana: Sierpień 17, 2009, 08:28:22 wysłane przez Val Dee » Zapisane
arteq
Gość
« Odpowiedz #2 : Sierpień 17, 2009, 09:34:02 »

Chylę głowę przed tymi kobietami. To jest realna pomoc i walka o godność kobiety. Konkretne czyny, a nie czcze gadanie o miłości. Ale można rówineż cynicznie powiedzieć jak ktoś z tego forum "same winne są swojej sytuacji, tak sobie wybrały"...
Zapisane
kamil771
Gość
« Odpowiedz #3 : Sierpień 17, 2009, 11:28:50 »

A ja jakoś nie trawię tego artykułu.
Z pewnością zdarzają się sytuację gdzie kobiety są porywane,więzione,głodzone i tak dalej.
To jest inna sprawa.
Ale zdecydowana większość z nich wybiera tę profesję tak jak zresztą pisze w tym artykule ze względów finansowych,dla własnej wygody,i możliwości zdobycia szybko i łatwo większych pieniędzy.Moim zdaniem ten problem nigdy nie zniknie i nawet się nie zmniejszy,ten "zawód" istniał zawsze i tak będzie do końca świata.
Myślę,ze te panie zasługują na szczególne potępienie ze strony całego społeczeństwa i nie można tu mówić o jakiejkolwiek litości.
Wiem,że jestem bardzo surowy ale takie jest moje zdanie.
Nie wierzycie mi? Obejrzyjcie sobie dla przykładu:

http://www.youtube.com/watch?v=l92ok_SHxsQ

http://www.youtube.com/watch?v=6Wuz2lNZsR0

Zapisane
arteq
Gość
« Odpowiedz #4 : Sierpień 17, 2009, 14:06:04 »

Mylisz się kamil771 i to ogromnie. Widze, że Twoja znajomość kobiecej psychiki jest praktycznie zerowa.
Być prostytutką dla "własnej wygody" i "łatwych pieniędzy"... [to co mówisz stanowi bardzo znikomy odsetek, a nie większość]. Proszę nie kompromituj się i nie kpij z kobiet. Do tego jeszcze je potępiać jak leci?
Zapisane
janneth

Skryba, jakich mało


Punkty Forum (pf): 23
Offline

Płeć: Kobieta
Wiadomości: 1642



Zobacz profil Email
« Odpowiedz #5 : Sierpień 17, 2009, 14:44:02 »

Ale zdecydowana większość z nich wybiera tę profesję tak jak zresztą pisze w tym artykule ze względów finansowych,dla własnej wygody,i możliwości zdobycia szybko i łatwo większych pieniędzy.Moim zdaniem ten problem nigdy nie zniknie i nawet się nie zmniejszy,ten "zawód" istniał zawsze i tak będzie do końca świata.
Myślę,ze te panie zasługują na szczególne potępienie ze strony całego społeczeństwa i nie można tu mówić o jakiejkolwiek litości.

Do tanga zawsze trzeba dwojga. Zawód ten nie istnieje wyłącznie dlatego, że są kobiety, które sprzedają się za pieniądze. One sprzedają się komuś, za zwyczaj mężczyźnie. Nie obarczaj więc jedynie kobiet winą za istnienie prostytucji, ponieważ aby "sprzedać" jakiś "produkt", musi istnieć "klient", który go kupi.
Aby dopatrzeć się sedna problemu trzeba dotrzeć do jego źródła. Co było pierwsze: kura czy jajko? Co najpierw musiało powstać, by rozwinęła się prostytucja? Czy właśnie nie klient, który szuka jednorazowej uciechy za którą gotów jest zapłacić? Nie możemy obwiniać prostytutki za istnienie prostytucji.
Sprzedaż opłacalna jest do tej pory, dopóki na dany produkt jest zapotrzebowanie.
Z artykułu wynika, że prostytuujących się mężczyzn jest wielokrotnie mniej niż prostytuujących się kobiet. Oznacza to, że kobiety nie tak często jak właśnie mężczyźni szukają tego typu wrażeń. Czy zatem słusznie obwiniasz kobiety za istnienie prostytucji? Czy sedno problemu rzeczywiście leży w tym, że stoją na ulicach kusząc wdziękami?

Obejrzałam film o Galeriankach, jaki tu zamieściłeś. Niestety jest to szara rzeczywistość i oglądając go wyobrażałam sobie, że być może właśnie w takim środowisku przyjdzie wychowywać się mojej córce, jeśli będę kiedyś taką miała.
Oziębłość rodziców tej dziewczyny jest porażająca i to ona jest główną siłą sprawczą tego, że dziewczynka podejmuje taki wybór, że decyduje się sprzedać swoje dziewictwo za telefon! Jeśli naprawdę w tym filmie oburza Cię to niewinne dziecko, a nie postawa jego rodziców, to proszę Cię - obejrzyj go ponownie. To rodzice wytykali jej, że nie ma koleżanek, to rodzicom nie pasowało, że dziecko odstaje od reszty rówieśników. Ona się po prostu dostosowała do środowiska. Koleżanek, które szydzą z jej wyglądu, kolegów, których śmieszy jej tani i już bezwartościowy telefon, w efekcie również dostosowała się do rodziców, do tego, co oni sami sobą reprezentują. Brak miłości w małżeństwie, przyprowadzanie do domu kochanków, to wszystko ją znieczuliło i zobojętniło. Nie miała dobrego wzoru w domu, więc nie wiedziała, że można być szczęśliwym postępując inaczej. Takich rodzin jest pewnie wiele, nie wiadomo ile, z zewnątrz wszystkie wydają się być normalne. Ale w świecie, gdy każdy goni za pieniądzem, za tym by mieć a nie by być, zatracane są podstawowe relacje łączące ludzi. Dzieci mają za wzór to, co widzą w domu i dookoła siebie. W jaki sposób mają nauczyć się innego postępowania niż to, które ich otacza?
Ja w przeciwieństwie do Ciebie czuję litość dla takich dziewczyn. Bo nie miały dzieciństwa jakie ja miałam, bo nie nauczyły się tworzyć relacji, które nie procentowały by im materialnie, nie nauczono ich po prostu kochać, bo nigdy nie były kochane. Nie dostały nic bezinteresownie, więc nic też bezinteresownie nie dają.
Należy im się pomoc i to, co robią siostry opisane w artykule jest najpiękniejszą rzeczą, jaką można zaoferować człowiekowi. A Ty Kamilu, Ty spowodowałeś kiedykolwiek pierwszy szczery uśmiech na czyjejś twarzy?
« Ostatnia zmiana: Sierpień 17, 2009, 14:44:40 wysłane przez janneth » Zapisane

The Elum do grieve
The oak he do hate
The willow do walk
if ye travels late.
Val Dee
Gość
« Odpowiedz #6 : Sierpień 17, 2009, 15:15:07 »

hmmm zasadniczo wątek miał być o czymś innym ale skoro już dyskutujemy o przyczynach prostytucji to muszę zgodzić się z janneth...

nie tak dawno temu opuściłem szkołę ale nie było wtedy aż takiego parcia na to aby się móc pokazać w fajnych ciuchach czy z dobrym telefonem... na szpanerów spoglądało się wtedy z politowaniem...

presja środowiska jest naprawdę teraz bardzo wielka, dziecko najczęściej bierze wzorców od kolegów gdy zabraknie mu autorytetu rodziców...

dużą winę za to pełnią sami rodzice - nie zajmują się swoim potomstwem, dają się porwać w wyścig szczurów, i rywalizację kto ma lepszy i droższy samochód, kto będzie na kosztowniejszych wakacjach itd - a dziecko chłonie ten materialny kult złotego cielca...

może wprowadzenie mundurków ukróciłoby nieco zjawisko galerianek (w szkole już nie będzie można byłoby się lansować) - ale na to oczywiście nie zgodzą się rodzice bo to byłby zamach na wolność ich dzieci (tutaj przejawiającą się jako wolność do ubierania się)

ale im dłużej taka kultura seksu i pieniądza będzie w mediach i społeczeństwie tym to zjawisko będzie powszechniejsze... niestety...
Zapisane
kamil771
Gość
« Odpowiedz #7 : Sierpień 17, 2009, 15:51:39 »

Mylisz się kamil771 i to ogromnie. Widze, że Twoja znajomość kobiecej psychiki jest praktycznie zerowa.
Być prostytutką dla "własnej wygody" i "łatwych pieniędzy"... [to co mówisz stanowi bardzo znikomy odsetek, a nie większość]. Proszę nie kompromituj się i nie kpij z kobiet. Do tego jeszcze je potępiać jak leci?


Myślę Arturze,że to jednak ty jesteś w błędzie,i mam wrażenia,że żyjesz w jakimś innym świecie.
Ale na początek zacytuj mój przynajmniej jeden post w którym kpię z kobiet,no dalej-czekam.
To co mówię może stanowi mały odsetek w twoim świecie,w moim jest to właśnie większość.
Słyszałeś może o czymś takim jak "sponsoring"Coś Jak nie to dowiedz się czegoś na ten temat,do również należy do takiego pojęcia jak "prostytucja"
I przestań to usprawiedliwiać biedą i brakiem pieniędzy!!
Czy jak młoda matka która nie ma na jedzenie dla swojego dziecka weżnie nóż i zabije staruszkę dla kilkuset złotych też to usprawiedliwisz?
Bo przecież nie robiła tego dla siebie tylko dla dziecka!
Będzie ona według twojej moralności usprawiedliwiona?


Wiesz,Janneth w moim odczuciu nie można wszystkiego tłumaczyć błędami wychowawczymi,myślę,ze nastolatek powinien umieć odróżnić dobro od zła,powinien starać się odkryć jak należy postępować a jak nie należy.
Czy jeśli dziecku rodzice nie kupią nowego telefonu to ma iść do kolegi któremu rodzice kupili  telefon i zabrać mu go siłą?
Nie,człowiek jest istotą myślącą a to do czegoś zobowiązuje,
Czy te siostry robią najpiękniejszą przysługę człowiekowi? Myślę,ze w pierwszej kolejności pomoc należy się ludziom którzy nie poddają się tak łatwo,walczą o godne życie a nie wybierają drogę handlu swoim ciałem.
A jeśli chodzi o twoje ostatnie zdanie,to no,w realu moje poglądy są takie same jak tutaj na forum,wielu ludzi myśli podobnie,i nie wiem czemu miałbym być smutny z tego powodu  i powodować smutek u innych?


« Ostatnia zmiana: Sierpień 17, 2009, 15:54:55 wysłane przez kamil771 » Zapisane
wiki
Gość
« Odpowiedz #8 : Sierpień 17, 2009, 15:56:22 »

Cytuj
Obejrzałam film o Galeriankach, jaki tu zamieściłeś. Niestety jest to szara rzeczywistość i oglądając go wyobrażałam sobie, że być może właśnie w takim środowisku przyjdzie wychowywać się mojej córce, jeśli będę kiedyś taką miała.
Oziębłość rodziców tej dziewczyny jest porażająca i to ona jest główną siłą sprawczą tego, że dziewczynka podejmuje taki wybór, że decyduje się sprzedać swoje dziewictwo za telefon! Jeśli naprawdę w tym filmie oburza Cię to niewinne dziecko, a nie postawa jego rodziców,

tak zgadzam się to jest straszne jak wielu rodziców jest nieodpowiedzialnych i chyba nie umiejących kochać, bo inaczej jak można nie akceptować swojego dziecka i nie wspierać? nie rozumiem..........


Cytuj
może wprowadzenie mundurków ukróciłoby nieco zjawisko galerianek (w szkole już nie będzie można byłoby się lansować) - ale na to oczywiście nie zgodzą się rodzice bo to byłby zamach na wolność ich dzieci (tutaj przejawiającą się jako wolność do ubierania się)

skoda, że ni